Góry zmieniają plany! Himalaje 2025.

W Himalajach człowiek szybko uczy się jednego: tu nikt nie pyta o Twoje zamiary. Góry nie negocjują, nie obiecują, nie tłumaczą się. Po prostu są — ogromne, surowe, stanowcze. A my, maleńkie punkciki na liniach ich grzbietów, możemy tylko próbować do ich potęgi się dostosować.

Tegoroczny trek był właśnie taki: nieprzewidywalny, kapryśny, pełen zmian, które przychodziły nagle, jakby znikąd. Każdy dzień przynosił nowe pytanie, konieczność podjęcia nowej decyzji.

Zaczęło się w zasadzie jeszcze zanim naprawdę weszliśmy w wysokie partie gór.
Nasze założenia dotyczące czasu koniecznego na pokonanie zakładanej trasy okazały się błędne — taka pomyłka w Himalajach natychmiast zaczyna pracować przeciwko człowiekowi. Szybka narada, jeszcze szybsza decyzja: nie idziemy w stronę Kanchenjungi, skracamy drogę do Olenchung Ghola. Chcieliśmy zdążyć przejść Sherpani Col i Amphu Laptsa, tym bardziej, że zaczynały do nas docierać wiadomości o psującej się pogodzie.

Dotarliśmy tylko do Olenchung Ghola, gdzie zatrzymał nas deszcz tak intensywny, jakby dolina próbowała nas wypłukać I cofnąć do punktu wyjścia. Po kilku godzinach stało się jasne: to nie pogorszenie pogody, to cyklon Montha. A wraz z kolejnymi porcjami deszczu zaczęły napływać do nas niepokojące wiadomości: o zasypanych przełęczach, wspinaczach uwięzionych przez śnieg, o lawinach które zasypały szlaki.

A potem przyszła wiadomość najgorsza: Sherpani Col i cały rejon Baruntse zostały zamknięte. Za dużo śniegu, za dużo ryzyka, za duża cena, nie można ryzykować czyimś życiem.

Pozostała nam więc tylko jedna droga, której jeszcze nie przekreśliła pogoda: pójść w stronę Kanchenjungi, najpierw North Base Camp, później — przez Selele pass — do South Base Camp.

Na mapie wyglądało to jak elegancka, logiczna linia. W rzeczywistości stało się serią bitew z samym sobą i z górami. Odcinek do Ghunsy był pierwszą próbą. Najpierw deszcz, który zamienił zbocza w pochylnie ze spadającymi z nich kamieniami. Potem nocleg w namiotach, mokre buty, mokre plecaki. A następnego dnia — przełęcz Nangola. Nieprzetarta, dzika, zasypana tak głęboko, że każdy krok był walką ze śniegniem i brakiem sił. Śnieg po pas, czasami po pierś. Torowanie drogi metr po metrze. Zmęczenie narastające wprost proporsjonalnie do spadku zawartości tlenu w powietrzu. I ta trudna do nazwania granica, gdzie człowiek już nie idzie — tylko trwa.

Do Ghunsy dotarliśmy wyczerpani. Potrzebowaliśmy dnia na to, by znów stać się ludźmi: wysuszyć rzeczy, naprawić, co się dało, uspokoić umysł. A potem ruszyliśmy dalej — ku północnej bazie Kanchenjungi. Proste? Nie w tym roku. Z góry napływały niepokojące informacje: raz słyszeliśmy o lawinach, raz o odciętej trasie, raz o tym, że baza jest nieosiągalna. Jeszcze wyruszając z Lhonak, wciąż nie wiedzieliśmy, czy droga jest drożna. Zwyczajnie nikt tam jeszcze nie dotarł po cyklonie. I wtedy wydarzyło się coś pięknego.
Ścieżki, choć zasypane, okazały się możliwe do przejścia, pogoda się unormowała. A my, powoli, uparcie, krok po kroku, weszliśmy głębiej w tę monumentalną krainę śniegu i lodu.

I dotarliśmy. Byliśmy pierwszymi, którzy po cyklonie weszli do Kanchenjunga North Base Camp. Reszta trekkingu — choć nadal w śniegu — była już jak oddech po długim zanurzeniu. Zejście do Ghunsy, przejście przez Selele pass, droga do południowej bazy. Białe ściany gór, przetarte ścieżki, świadomość, że tym razem góry dały nam przejść. I tylko wielkie lawiniska i wciąż gdzieniegdzie spadajace kamienie przypominały, że to nie jest zwykły rok.

Czy trekking 2025 można uznać za stracony? Nie. Zdecydowanie nie. Himalaje bywają hojne, ale pod jednym warunkiem — że akceptujesz ich zasady gry. Że potrafisz odpuścić, kiedy trzeba, i ruszyć z nowym planem, nawet jeśli ten nowy plan pojawił się dopiero wczoraj. I w tym kontekście to na pewne nie był rok stracony dla RunGHT. To był rok nauki. Rok zdobytego doświadczenia. Rok, który coś zmieni — choć jeszcze za wcześnie, by o tym mówić.

Wiem jedno: projekt trwa dalej.
Góry przetestowały nas w tym sezonie bardzo mocno. Ale dały też coś, czego nie da się kupić ani zaplanować — zrozumienie, że droga do celu nigdy nie jest linią prostą.

I może właśnie dlatego warto nią iść.

1 komentarz do “Góry zmieniają plany! Himalaje 2025.”

  1. Niezwykle poruszająca podróż za Wami. Gratuluję ! Obserwowałam z podziwem na Twoich stories jak stawiasz czoła kolejnym wyzwaniom.
    Cieszę się, że projekt trwa i kibicuję w kolejnych wyprawach!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry