Trekking 2025 cz. II Przełęcz
Kiedy nasz plan się posypał, wciąż miałem nadzieję, że zmiana kierunku uratuje sytuację. Zdecydowaliśmy się wejść w sąsiednią dolinę, żeby szybciej dotrzeć do wioski Olechung Ghola. Oznaczało to rezygnację z Ghunsy i przełęczy Nangola, ale w zamian wciąż mieliśmy szansę dotrzeć do Sherpani Col i dalej — do wielkich przełęczy, które stanowią jeden z najbardziej wymagających odcinków Great Himalaya Trail.
Płaskowyż za Sherpani Col uchodzi za najtrudniejszą część GHT, jeśli idzie się ze wschodu na zachód. Sama przełęcz jest najwyższym punktem całego szlaku — wznosi się na niebotyczne 6300 metrów. A to dopiero początek. Zaraz za nią trzeba przejść kolejną wielką przełęcz — West Col. Dopiero pokonanie obu otwiera drogę na rozległy, surowy płaskowyż, z którego można dojść pod Baruntse albo na Mera Peak. Ale nawet stamtąd nie ma łatwej drogi w dół. Aby opuścić płaskowyż, trzeba pokonać jeszcze jedną z wielkich przełęczy — Amphu Laptse. Dopiero za nią pojawia się pierwsza wioska należąca już do regionu Khumbu: Chukhung. Przejście tego fragmentu ma znaczenie nie tylko sportowe. Jest też doświadczeniem poznawczym. Dobrze jest wiedzieć, co czeka tam, gdzie szlak naprawdę zaczyna pokazywać swoje oblicze. Bo oczywiście nie jest tak, że dalej robi się łatwo. W Himalajach nic nie jest łatwe. Stawka była więc wysoka. Na co liczyłem? Na to, że może jednak pójdziemy szybciej, niż przewidywał Kim. Że jakoś uda się nadrobić brakujący czas. Że mimo wszystko zdążymy. Że plan — choć już pęknięty — jeszcze się całkiem nie rozpadnie.
Następnego dnia ruszyliśmy skrótem, żeby nie wracać do Ranipul. Malownicza ścieżka wśród soczystej zieleni najpierw wspinała się w górę, a potem opadała w dół doliny. Co jakiś czas mijaliśmy rozległe skupiska roślin przypominających wielkie pióropusze wyrastające prosto z ziemi. Wyglądało to raczej na plantacje niż na dzikie zarośla. Zapytałem Rudrę, co to takiego. Nie potrafił podać nazwy, ale potwierdził, że to uprawa i że owoce tych roślin sprzedawane są do Indii. — Very expensive — dodał z uśmiechem.
Dopiero wiele dni później, po długich poszukiwaniach, ustaliłem, że były to plantacje kardamonu. Jeden z jego gatunków szczególnie dobrze rośnie w wilgotnych, górzystych rejonach takich jak ten.
No dobrze, ale co działo się z pogodą? Było parno, a co jakiś czas zaczynał padać deszcz. Nie wyglądało to groźnie, ale niebo było niemal bez przerwy zasnute chmurami. Nie widziałem jeszcze Nepalu w takiej odsłonie, więc byłem zaskoczony, że o tej porze roku może tak padać. Mimo to sama droga była bardzo ciekawa. Trzeba pamiętać, że wschodni Nepal jest niezwykle zielony. Na początku wędrówki idzie się przez krajobraz, który bardziej przypomina górską dżunglę niż Himalaje. Wielkich szczytów jeszcze nie widać — jest za to wszechobecna zieleń, wilgoć i ciepło.
Kolejny dzień wyglądał podobnie. Wędrowaliśmy już w górę doliny, naznaczonej budową elektrowni wodnej. Co jakiś czas natrafialiśmy na jej powstające fragmenty, obozy dla pracowników i prowizoryczną infrastrukturę. W końcu dolina się skończyła i po krótkiej wspinaczce dotarliśmy do GHT. Tak — to był pierwszy raz w tym roku, kiedy stanąłem na Wielkim Szlaku Himalajskim. Wyglądał zupełnie niewinnie: zwykła ścieżka ginąca wśród zarośli.
Kiedy tylko ruszyliśmy w stronę Olechung Gholi, na szlaku zaczęły pojawiać się karawany jaków. Olechung Ghola jest lokalnym ośrodkiem handlu produktami z jaków, więc zwierzęta te stanowią tu codzienny element krajobrazu.
Po przejściu jeszcze jednej przełęczy dotarliśmy w końcu do wioski. Czekała tam na nas wygodna lodga — i niezbyt dobre wiadomości dotyczące pogody.
Wioska Olechung Ghola to fenomen sam w sobie. Zamieszkują ją głównie Tybetańczycy i od dawna stanowi ona ważny ośrodek handlu jakami. Nie prowadzi tu żadna droga — można tu dotrzeć wyłącznie pieszo. Zabudowę tworzą tradycyjne drewniane domy stojące na kamiennych podmurówkach. Całość wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tu sto lat temu.
W wiosce działa kilka lodgy, bo uruchomienie Great Himalaya Trail sprawiło, że zaczęli pojawiać się tu nieliczni, przemierzający ten szlak, trekkerzy.
Zgodnie z planem następnego dnia rano mieliśmy ruszyć w kierunku przełęczy Lumba Samba. Wciąż miałem nadzieję, że zdążymy. Poranek przyniósł jednak złe wieści. Przede wszystkim lało jak z cebra. Rudra, po rozmowie z Krishną z naszej agencji, dowiedział się także, że w górach nastąpiło poważne załamanie pogody i nie wiadomo, czy wielkie przełęcze nie zostaną zamknięte. Po krótkiej naradzie uznaliśmy, że trzeba przeczekać ten dzień i zobaczyć, co się z tego wyklaruje. Wędrówka w takim deszczu nie miała żadnego sensu. Musieliśmy czekać.
Następnego dnia pogoda wcale się nie poprawiła, ale było już wiadomo, że przełęcze zostały zamknięte z powodu obfitych opadów śniegu. Załamanie pogody okazało się skutkiem tajfunu Montha. W górach utknęło wielu wspinaczy, sytuacja była naprawdę krytyczna.
Podjęliśmy więc decyzję o zmianie planu. W stronę Makalu Base Camp nie było już sensu iść, bo oznaczałoby to zakończenie trekkingu. Zmiana kierunku otwierała jednak inną możliwość — mogliśmy spróbować dotrzeć do Kanchenjunga Base Camp North i South. Po przeliczeniu całej trasy — razem z Kimem — okazało się, że taki wariant niemal idealnie pasuje do czasu, który mieliśmy do dyspozycji. Postanowiliśmy ruszyć następnego dnia. Pogoda wciąż nie zapowiadała się dobrze, ale nie chcieliśmy dłużej tkwić w Olechung Gholi. Liczyliśmy, że przynajmniej popołudnie będzie znośne. Plan się zawalił, ale wciąż mieliśmy nadzieję, że chociaż ten nowy uda się zrealizować.
Następnego dnia, przy pochmurnej pogodzie, ruszyliśmy dalej. Sam fakt, że znowu jesteśmy w drodze, poprawiał nastrój — na pewno było to lepsze niż siedzenie w miejscu i czekanie. Przedpołudnie było nawet przyjemne. Posuwaliśmy się w górę doliny, zmierzając w kierunku przełęczy Nangola. Pierwszy postój wypadł w Kharce. Kharki to drewniane szopy stanowiące bardzo proste schronienie — kawałek dachu nad głową i tyle. Na całej trasie do Ghunsy napotkaliśmy trzy takie chaty. Tworzyły one skromną infrastrukturę komunikacyjną na tym szlaku i służyły zarówno turystom, jak i miejscowym. Szlaki w Himalajach to bowiem nie tylko trekkingowe ścieżki, ale przede wszystkim główne drogi komunikacyjne. Ich dobry standard to element realnej poprawy życia mieszkańców tych gór.
Kiedy spokojnie jedliśmy w Kharce, zaczęło padać. Najpierw lekko, potem coraz mocniej — równym, metodycznym deszczem, który nie pozostawiał nadziei na szybką poprawę pogody. Odwrotu jednak nie było. Ruszyliśmy dalej w górę doliny.
Szliśmy wzdłuż górskiej rzeki, tuż pod świeżo wyglądającym urwiskiem. W pewnym momencie moją uwagę zwrócił kolor wody spływającej ze zbocza. Była intensywnie brązowa i niosła ze sobą drobne kamienie oraz żwir. Wiedziałem, co to oznacza. Spojrzałem w górę i zobaczyłem to, czego należało się obawiać — spadające z góry kamienie! Krzyknąłem do pozostałych i w pośpiechu wycofaliśmy się w bezpieczniejsze miejsce u podnóża zbocza. Intensywne opady sprawiły, że wcześniej uśpione osuwiska zaczęły się uaktywniać.
Jeśli w takim miejscu zobaczycie wodę o kolorze świeżej ziemi, niosącą ze sobą żwir i kamienie, możecie być pewni, że prędzej czy później z góry zaczną spadać większe głazy. Taki kolor oznacza, że zbocze jest intensywnie penetrowane przez wodę, która wypłukuje spajającą je ziemię i drobne kamienie. W efekcie większe fragmenty skał tracą oparcie i zaczynają się obsuwać. Ten sygnał jest tak jednoznaczny, że nawet nie trzeba patrzeć w górę — lepiej od razu uciekać.
Niestety przed nami wciąż był jeszcze kawał drogi w górę doliny, aż do mostku na drugą stronę rzeki. Stamtąd ścieżka skręcała w górę zbocza i przez las rododendronów prowadziła do Nangola Kharki, położonej na polanie u stóp przełęczy.
Reszta dnia upłynęła nam najpierw na ostrożnym przemykaniu wzdłuż osuwających się brzegów rzeki, a potem na mozolnej wspinaczce przez mokry las. Do Kharki dotarliśmy całkowicie przemoczeni późnym popołudniem. Warunki były spartańskie — ja i Klaudia spaliśmy w namiotach, Sherpowie w drewnianej chacie. Najważniejsze było jednak to, że dotarliśmy na miejsce. W mojej głowie pojawiła się już kolejna myśl — może następny nocleg wypadnie w Ghunsie.
Następnego dnia rano, po śniadaniu i zwinięciu obozu, ruszyliśmy w stronę przełęczy. Nic nie zapowiadało kłopotów. Wokół było zielono, świeciło słońce. Szliśmy co prawda cały czas pod górę, ale marsz był przyjemny. W oddali widać było ośnieżone szczyty. Czuło się już wysokość, ale nastroje wciąż były dobre.
A potem pojawił się śnieg. Najpierw cienka warstwa, ledwie przykrywająca trawę. Później coraz więcej i więcej. W końcu w oddali zobaczyliśmy przełęcz — całkowicie zasypaną śniegiem. Było też coś, na co początkowo nie zwróciłem uwagi. Nie było przetartej ścieżki. Sherpowie już na tym etapie zaczęli dyskutować, którędy właściwie biegnie szlak. Czasami można go było jeszcze odczytać z ukształtowania terenu, ale śniegu przybywało. Po kilkuset metrach było go już tyle, że zaczęło się torowanie drogi.
W głębokim śniegu porusza się bardzo trudno. Ten na Nangola Pass był na szczęście mokry. Kilkukrotnie udeptany tworzył w miarę stabilne podłoże — ale najpierw trzeba było go właśnie udeptać. Najtrudniejsza rola przypadała oczywiście osobie torującej drogę. To ona wykonywała prawie całą pracę. Rudra, nasz przewodnik, miał na szczęście ciężkie górskie buty. Nie zapadały się tak łatwo w śnieg i własnym ciężarem stabilizowały podłoże niemal od razu. Mimo to nie był w stanie iść w kopnym śniegu przez cały czas, więc musieliśmy się zmieniać.
Szliśmy coraz wolniej. Śniegu przybywało z każdym krokiem. Ostatnie metry przed przełęczą były już prawdziwą walką — śnieg sięgał miejscami do pasa, a nawet wyżej. Na samej przełęczy nie dało się właściwie stanąć. Tak głębokie zaspy tam zalegały.
Było już późno i zaczęliśmy ryzykować, że nie zdążymy dotrzeć do kolejnej kharki przed zmrokiem. Na szczęście z przełęczy wyraźnie widać było granicę śniegu niedaleko poniżej. A dalej było już z górki.
Ten ostatni odcinek był naprawdę szalony. Napędzani grawitacją ruszyliśmy z Klaudią w dół zbocza, niespecjalnie zastanawiając się, gdzie dokładnie biegnie szlak — zresztą i tak nic nie było widać pod śniegiem. Do kharki dotarliśmy pierwsi, już po zmroku. Byłem trochę rozczarowany przebiegiem sytuacji, bo zaledwie kilka kilometrów niżej czekała Ghunsa i wygodne lodge. Bardzo liczyłem też na internet i możliwość rozmowy z bliskimi.
Czekając na Sherpów, którzy zostali w tyle, zaczęliśmy z Klaudią zastanawiać się, co robić. Ona była zmęczona i chciała zostać na miejscu, nawet jeśli oznaczałoby to nocleg w namiocie. Ja chciałem iść dalej. W końcu już razem z Rudrą ustaliliśmy, że pójdę sam. Przyznaję — była to dość ryzykowna decyzja, ale byłem mocno zdeterminowany. Chyba chciałem też sprawdzić, jak to jest iść nocą przez Himalaje.
Ruszyłem w dół. Na szczęście droga do Ghunsy była niedawno przebudowana i wystarczyło trzymać się kamiennej ścieżki. Około dziesiątej wieczorem byłem już na miejscu.

